Instytucja windy znana od ponad 150 lat w bloku takim jak nasz cieszy się wzięciem. Szczególnie chętnie wciskamy guzik mieszkając na 9 piętrze. Ale rozprawka o windzie nie będzie traktować podejścia technicznego, bo choć wkurzające jest czekanie i nieraz zastanawiam się co za informatyk wymyślił taki algorytm, że ciągnie na samą górę dźwig z garażu, zamiast z 5 piątego piętra. A! Trzeba w tym miejscu dodać że windy są dwie, więc zadanie nie takie znów bardzo skomplikowane.
Ale jak traktować windę? Czy ściągnąć wałki z głowy, zrzucić podomkę i założyć coś mniej domowego, nawet jak się zjeżdża do sąsiada po cukier albo nastawić pranie. Bo w pralni to już nie przeszkadza, że się paraduje w pidżamie (tym bardziej u sąsiada), ale na 2 metrach kwadratowych?! A nie daj boże kilka osób wsiądzie... Albo czy można poprawiać makijaż śpiesząc się do pracy, albo wyciągnąć z torebki tego dnia jeszcze nieodkręcone perfumy? To jeszcze nie problem jak się jedzie samemu, rach ciach i zaraz się znika, w przeciwieństwie do pozostawionych oparów. Może w takim razie należałoby przed każdymi drzwiami do windy postawić tabliczkę:
"Nie urzywać aerozoli. Brać regularnie prysznic.
Nie palić papierosów przynajmniej pół godziny przed wejściem do windy.
Wywietrzyć ubranie szczególnie dokładnie po pleniu maryśki."
Bo oparami upalić się nie da, a tylko drażni zmysły. I jedyne co usprawiedliwia zapach maryśki w windzie to to że na jednym i drugim można wznieść się wysoko. Poziom dostępności też jest podobny. Windę złapać można w każdym wyższym budynku, a zioło za co drugim bez względu na wysokość, więc statystycznie wychodzi na to samo. Wystarczy mieć karteczkę od lekarza diagnozującą problemy z oddychaniem i już można się inhalować do woli... tylko błagam nie w windzie!
A jak by tak windą do nieba? Przemiła, dobrze zakonserwowana staruszka w niedzielny poranek jedzie windą... do kościoła.
- Idę na śniadanie organizowane tutaj w tym kościele na rogu - opowiada zapytana czy idzie na poranny spacer.
- Mmmmm, fajnie, taki poranny pokarm dla duszy - komentuję uniesiona jej duchowością, a może po prostu hamującą właśnie na parterze windą.
Rzuca mi ironiczne spojrzenie spod zmarszczonego czoła.
- Cokolwiek - odpowiada krótko i wychodzi stukając laseczką i zostawiając mnie wgniecioną w podłogę windy.
Ale nie ma co psioczyć na windę, bo jak się raz oba dźwigi zepsuły, to była wielka bieda. I kto powiedział, że z wózkiem z 9 piętra zejść się nie da. Oj da się, da. Doświadczenie cokolwiek specyficzne i sprzeczne z zasadami fizyki, bo z każdym jednym metrem mniej, ciśnienie rośnie. I znów w przeciwną stronę idą kolejne wskaźniki, rośnie również poziom natężenia dźwięków wydobywających się z wózka i spada diametralnie tolerancja, by na parterze osiągnąć okrągłe zero. Na szczęście był to odosobniony przypadek, który więce się nie powtórzył.
Powtarzają się natomiast przygodne rozmowy, a nawet wymiana gadżetów. Moim ulubieńcem jest koleś z 8 piętra w jaskrawych getrach, zawsze jakiejś kolorowej bluzce, co już wystarcza by zająć Malucha na całą podróż. Ale dostajemy zawsze w bonusie, czy to pluszową torebkę do potrzymania, czy to fancy okulary do przymierzenia, albo znów jakiś lśniący parasol do postukania w podłogę. Dla Malucha odlot.
I sami powiedźcie, jak tu nie odlecieć w windzie? :D
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz