Oj dziko dziko zrobiło się ostatnimi czasy. Nawet muszki tak nas upierdliwie ostatnio pogryzły, że cały tydzień minął i dalej swędzi. Najgorzej ma Maluchu, bo się nie może jeszcze drapać.
Ale na szczęście w kontakt fizyczny z tutejszą fauną poza wspomnianymi muszkami i komarami nie wchodzimy, a okazji pojawia się coraz więcej. Nigdy nie wiesz skąd się czego spodziewać, czy z wody, czy z powietrza, czy z drzewa, czy zza krzaków, a może po prostu jak przedwczoraj zza zakrętu w parku na obrzeżach miasta?
Tak! Jest pierwszy kanadyjski misiu! Spojrzany oko w oko z odległości jakichś 30m.
Niestety stety nie mam zdjęć, po we wszystkich poradnikach piszą, żeby nie bawić się w sesje zdjęciowe, ale raczej brać nogi za pas, powoli się wycofać i hałasować. Więc złapałyśmy się mocno za ręce i zaśpiewałyśmy na dwa głosy... nie pamiętam już co to było, ale coś skocznego i odmaszerowałyśmy. Misiunio jeszcze kawałek za nami człapał, ale chyba po prostu mu było po drodze w naszą stronę. Najlepsze, że spotkanie z, jak mniemam czarnym niedźwiedziem, miało miejsce ok 200m od parkingu uniwersyteckim, więc nie żadne dzikie odludzie.
Czarny niedźwiedź wygląda jak poniżej, ale nasz był znacznie mniej masywny.
Najbardziej się przestraszyłam myśli, że trafiłyśmy na oseska i zaraz przyjdzie kochana mamusia. Ale tego się już nie dowiemy, a on pewnie z czasem urośnie w naszych wspomnieniach :-D.
Przy tym niśku wszystkie wcześniejsze zwiarzaki bledną. A było ich trochę.
Były szopy pracze przechadzające się ulicą albo wychodzące na ścieżkę w parku. Jednego poranka miałam takie szczęście, że najpierw byłam świadkiem jak polowały na jakieś gniazdo wysoko ponad głowami, a potem innego ja upolowałam w drodze powrotnej do domu.
Były węże albo inne padalce. Zupełnie się nie znam, więc równie dobrze, ktoś popatrzy na poniższe zdjęcie i powie, że to zaskroniec. Może i tak być.
Jeszcze kilka atrakcji na razie nas ominęło. Na przykład kojoty, które należy odstraszać rzucając do nich kamieniami, albo kuguary, na które szczególnie należy uważać jak się ma małe dziecko. Są też przyjemniaczki skunksy, których obecność póki co rozpoznajemy tylko po pozostawionym swądku. Nie zadzrzyło nam się również pływać z orką, choć nie jest to takie bardzo nieprawdopodobne. Widziano je kilka dni temu na plażach, na których normalnie urzędujemy.
A na wyspach Bergamuta podobno jest kot w butach, widziano także osła, którego mrówka nisła. Jest też wieloryb stary... no, te orki stare nie były ;-).




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz