"Sieć" - miasto to sieć prostopadłych ulic, co z lotu ptaka wyglądają jak sieć rzucona na wieżowce, co równiutko zarządziła całą architekturą miasta. Nie wiem czy pamiętacie nasze przygody z zakupem auta? Sieć powiązań w obrębie poszczególnych grup narodowościowych dała się mocno odczuć. Jesteś Chińczykiem, trafiasz do China Town, jesteś Hindusem, najpewniej znajdziesz zatrudnienie w taksówce, jesteś Rosjaninem, zamieszkasz na West End w bloku podobnym do tych zza żelaznej kurtyny, jesteś Polakiem... no właśnie... tego nie odkryłam ;-).
Wreszcie sieć to podstawa znalezienia pracy w Vancouver. W okresie jak jej jeszcze szukałam parę miesięcy temu, na paru profesjonalnych HRowych spotkaniach dowiedziałam się, że na przykład ponad 90% wakatów w Vancouver w ogóle nie jest publikowanych - nigdzie!!! Zatem skąd wiadomo, że w ogóle jakaś firma szuka osób? Nie wiadomo! Tylko 13% osób które znajdują prace, znajduje ją przez ogłoszenia. Trzeba mieć kontakty, trzeba mieć tak rozwiniętą sieć kontaktów, żeby ktoś z tej sieci przypomniał sobie Ciebie, że "szukasz wyzwań zawodowych", bo przecież broń boże nie pracy. Szukanie pracy to bycie bezrobotnym, to osoba przegrana, zazwyczaj w depresji, wzbudzająca współczucie, wywołująca poczucie winy w rozmówcy. Powiedzenia "szukam pracy" to kaplica, bo osoba, z którą rozmawiasz od razu poczuje ciężar na plecach, obowiązek pomocy, na 99% nie będzie wstanie pomóc w danym momencie i tylko źle się z tego powodu poczuje. A Vancouverczycy nie lubią się źle czuć. I chwała im za to! Ja też nie lubię :D.
To co robić? Nie można powiedzieć że się szuka pracy, nie można jej znaleźć w ogłoszeniach... To jak do cholery znaleźć tę robotę? Network! network! network! słówko już bardzo zakorzenione w języku polskim. Czekam tylko jak prof. Miodek uzna, że networking weszło oficjalnie do słownika. Usiądź więc gościu pod mym liściem i networkuj :D. Chodź na spotkania branżowe, prezentacje firm, konferencje (jak Cię stać, co wcale nie jest takie oczywiste, bo koszt jednego dnia zaczyna się od 800$), zbieraj wizytówki, rozmawiaj o możliwościach, opcjach, uśmiechaj się i może coś z tego wyjdzie. Może tak a może nie. Potem siadaj do komputera i szukaj tych ludzi na linked-in, pisz do nich, pisz na forach dyskusyjnych. Koniecznie zapisz się na meet-up dla młodych HRowców, speców z prawa pracy lub aktywnych biznesowo kobiet (60% "enterpreneur'ów" w BC to kobiety)...
A! co to meet-up? No właśnie super sprawa w mieście, gdzie wciąż przybywają nowi ludzie. Meet-upy to serwis internetowy, na którym można założyć dowolną grupę, ludzie przystępują, zapisują się elektronicznie, a potem spotykają w realu i np. spędzają pół dnia na placu zabaw ze swoimi pociechami, bo to grupa "New moms", albo idą do kawiarni i dyskutują na temat bieżącej sytuacji politycznej w Syrii, bo to grupa "Politicians changing the world", albo jadą na weekend na szkolenie lawinowe, bo to grupa "Outsiders"... jednym słowem można robić wszystko! Również nawiązywać kontakty biznesowe.
Wracam zatem do wątku budowania networkingu w celu znalezienia pracy. Zdefiniowałabym to tak: agresywne działanie na rzecz pozyskiwania nowych kontaktów, bez używania słów "szukam pracy", choć i tak wszyscy wiedzą o co chodzi. Bardzo inne od tego co znam z Europy, z Polski, gdzie jednak budowanie kontaktów zawodowych odbywa się głównie poprzez aktywne życie zawodowe, stopniowe zaufanie. Mniej jest okazji do takich koktajlowych pogawędek bez innego celu niż tylko zainteresowanie kogoś swoją osobą w kilkuminutowej rozmowie. Masakrycznie wypala... Ale to też bardzo mocno pokazuje cechy kultury północno amerykańskiej, gdzie ludzie mają łatwość w opowiedzeniu o sobie w kilku zdaniach, zrobienia show wokół własnej osoby... wychodzi kultura indywidualizmu, wychowywanie w przekonaniu "you are the best". I bynajmniej nie mówię, ze to złe, tylko takie bardzo inne...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz