Negan, lat 34, perska księżniczka (przynajmniej z wyglądu), wyjechała z Iranu jako dziecko wraz z całą rodziną, jak sytuacja w jej ojczystym kraju zaczęła tężeć po rewolucji islamskiej w 1979r. Najpierw wychowywała się w Stanach wraz z dwójką pozostałego rodzeństwa, potem wyjechała do Kanady, gdzie studiowała medycynę, obecnie prowadzi gabinet medycyny chińskiej. W Vancouver poznała wiele lat temu swojego obecnego męża, również Irańczyka. W jesieni 2012 urodził się Cyrus (za perskim królem z VI wieku p.n.e. Cyrus the Great), ich pierwszy syn. Negan poznałam zbiegając któregoś ranka naszą ulicą na przebieżkę do Stanley Parku, truchtem zmierzała w przeciwną stronę, też z wózkiem i małym kosmatym pieskiem. To ryba w wodzie, a że w Vancouver dużo jest wody, to też Negan żyje pełnią życia, zadomowiona, zaaklimatyzowana, wróciła do pracy na część etatu, tryska energią i nią zaraża.
Sangita, lat 32, dziewczyna o oryginalnych indyjskich rysach twarzy, z przepiękną angielszczyzną (ach, co też bym dała, żeby tak nienagannie mówić), urodzona już w USA, większość życia spędziła w Nowym Jorku, gdzie wyemigrowali jej rodzice. Studiowała rehabilitację ze specjalizacją dziecięcą, więc choć wody nie znosi, to chodzi z malutkim Williamem na basen, bo "czego to się dla dzieci nie robi", a przecież wiadomo, basen to świetna sprawa dla malucha. W Kanadzie nie może wykonywać zawodu, bo od 1,5 roku trwa proces akredytacji jej dyplomów na standardy kanadyjskie. A wydawało by się, że powinny być te same zasady w tych obu wielkich karajach Ameryki Północnej. Na szczęście, jakimś cudem, jej mąż kardiolog z Amsterdamu może swoją pracę wykonywać... może dlatego że jest Holendrem? Sangitę poznałam, gdy nieopatrznie wybrałam się na zajęcia muzyczne, których nie było, a ona zrobiła to samo. Czuje się tu bardzo samotna, są takie tygodnie, że jej mąż pracuje po kilkanaście godzin, tęskni za rodziną.
Francesca, lat 36, Włoszka, do Kanady przyjechała rok temu z mężem, który tutaj dostał intratny kontrakt w branży komputerowo-giercuchowej, będącej złotą żyłą Vancouver. Wtedy w zaawansowanej ciąży, teraz z 10 miesięczną Nadine, zwaną również Bella, pokonuje ulice miasta pchając najnowszy model Stokke. Nie pracuje, uwielbia chodzić na zakupy, aktualnie do sklepów głównie dziecięcych. Ma różne dziwne pomysły, na przykład płynie na wyspę 2 godziny w jedną stronę po to aby tam pospacerować przez godzinę i spędzić kolejne 2 na promie w powrotną stronę. Chyba po prostu lubi pływać. Francescę poznałam w kawiarni dzięki temu że Kuba uwielbia zaczepiać wszystkich dookoła. Z tego co mówi, jej życie wyglądało by dokładnie tak samo, bez względu na miejsce, więc czy w ojczystym Neapolu, czy tutaj, nie ma dla niej znaczenia.
Xue, lat 29, przyjechała w połowie lat 90tych wraz z rodzicami, na fali emigracji z Hong Kongu zajętego przez Chińską Republikę Ludową. Kanada, a szczególnie Vancouver stały się wtedy celem emigracji rzeszy zamożnych obywateli Hongkongu, stanowiąc połowę ludności napływowej z tej części Azji. Męża poznała na miejscu, jest brokerem, również Chińczykiem. Mieszkają w ekskluzywnym przeszklonym budynku z widokiem na przystań jachtową. Jak wiele tego typu domów, ten również posiada ogromne lobby, gdzie w brzydką pogodę siadamy, a dzieciaki rozpełzają się po pokoju. W sumie to nie wiem co robi. Na pewno robi przepyszne nadziewane jajka i ciasto migdałowe. Jej maleńki, kilkutygodniowy Jianguo ma tak skośne oczka, że widać tylko dwie małe kreseczki. Xue jest maksymalnie wyluzowana i nie myśli na razie co dalej, maluch jest jeszcze za małym maluchem, żeby wybiegać w planach poza czas następnego karmienia.
Aleksandra, lat 33, przyjechała do Vancouver na nowy rok 2013, gdyż postanowili z mężem przeżyć w życiu jeszcze jakąś przygodę. Skusiło ich miasto otoczone górami i wodą i chęć wyrwania się ze strefy komfortu, jaką mieli w Krakowie. Aleksandra mieszka w bloku podobnym do tych jak na Ruczaju tylko z innym widokiem. Z tego bloku wybiega z wózkiem w ładną pogodę do Stanley Parku albo na Sea Wall. Aleksandrę poznaję każdego dnia i jak już już wydaje mi się, że wszystko obczaiłam, to nagle jednak odkrywam coś nowego, czasem pozytywnego, czasem nie i dyskutujemy co z tym zrobić i czy w ogóle coś z tym robić. Próbuje znaleźć równowagę
pomiędzy zdążeniem na jogę a brakiem pośpiechu
pomiędzy chęcią rozwoju zawodowego a byciem mamą
pomiędzy ambicjami a rezygnacją ze swojego ego
pomiędzy przeczytaniem kilku rozdziałów książki a szepczącym głosem rozsądku "jutro będziesz nieprzytomna"
pomiędzy wyskoczeniem w te piękne ośnieżone szczyty, co widać zza okna a krótkimi przerwami między jednym a drugim karmieniem
pomiędzy "tak, jedźmy w te góry! rozbijmy się tam namiotem!" a "hmmm, czy aby na pewno dla Malucha to będzie ok?"
pomiędzy skończeniem tego posta a zamykającymi się powiekami...
23.06.2013 taki oto artykuł mi znajoma podesłała, więc wrzucam go tutaj, zanim zapomnę:
before i forget what nobody remembers about new motherhood
23.06.2013 taki oto artykuł mi znajoma podesłała, więc wrzucam go tutaj, zanim zapomnę:
before i forget what nobody remembers about new motherhood
Luv Ya Oluś za serwowanie przefajoskich postów i niedawanie się zmęczonym powiekom:) Aleksandra, lat 33, rulez!
OdpowiedzUsuń:-)
UsuńO tak, wpis zaiste piękny :) . Miliard mam, miliard dzieci, miliard powodów :) Dobrze, że czasem szala przechyli się na stronę pisania a nie spania.
OdpowiedzUsuńEwe.
czasem to dobrze powiedziane ;)
Usuń