Las. Jest coś uspakającego, kojącego, jakaś pierwotna siła która sprawia, że czuję się częścią tego ogromu życia. Zapach wilgotnego igliwia, zmurszałej kory, przelotna słodycz jakiegoś wiosennego krzewu, który jeszcze nieśmiało wydaje na świat pierwsze pąki. Stałość, wręcz wieczność drzew przeplatana ulotnością i kruchością kwiatów. A może bez znaczenia czy jest to cedr, sosna, paproć, mech albo stokrotka, może wszystko jest jednym organizmem. Takim się zdaje być, ze strumieniami doprowadzającymi wodę w najdalsze zakątki, z baldachimami gałęzi dającymi schronienie ptakom, z jeziorem dla kaczek i bobrów. Uczta dla zmysłów wprowadza harmonię, rozlewa się po ciele i daje uczucie pełni. Odleciałam? No może trochę. A może tylko ograniczone słowa karykaturują pamięć wrażeń w mojej głowie.
Aby nie było podejrzeń, że mi całkiem odwaliło, poniżej trochę zdjęć z ulubionej trasy spacerowo-biegowej. Jest wręcz idealna, około 10 km, które pokonujemy ze śpiącym Kubkiem rano po śniadaniu, oczywiście nie codziennie. On połowę przesypia, dzięki czemu wytrzymuje aż tyle w wózku. Bo kto by chciał siedzieć jak już prawie może chodzić!
Zaczynamy zjazdem w dół naszej ulicy. Tu prędkości są zawrotne, bo po pierwsze z górki, po drugie to sam początek, więc Maluch zadowolony obserwuje sikające pieski, dzieci za siatką przy szkole, ślimaczące się po kanadyjsku samochody albo pana przycinającego krzewy przed jednym z bloków, które mijamy.
Potem wpadamy w ogród rododendronów, który nawet jak zima trzymała mrozem, to był zielony. Krętymi alejkami zawijamy szerokim łukiem wokół Lost Lagoon i zahaczamy jednym kołem o Coal Harbour. Rzut okiem na łódeczki i mosteczkiem huzia w stronę Stanley Parku.
Po drodze jeszcze mijamy Rose Garden i powoli albo szybko (zależy od kondycji danego dnia) zanurzamy się w las.
A w lesie, jak to w lesie, głównie drzewa. Przy Beaver Lake sprawdzam czy Maluchowa główka gdzieś się nie zgubiła, a tam nad jeziorem to on już zawsze jest w innym wymiarze. Więc zwalniamy, by ten spokój zdąrzył mu się przyśnić.
A drzewa są jak drzewa, ale z lasu deszczowego, ogromne, strzeliste, rozłożyste...
Kilka osób na całej trasie mijamy, głownie biegacze, trochę spacerowiczów, czasem jakiś zabłądzony fotograf. Końcówka jest zawsze najbardziej harcorowa, bo nie dość że pod górę, to zmęczenie już daje znać o sobie, a tu Maluch zwykle już obudzony dopinguje ostatnie podbiegi... jak się nie zmieszczę w czasie to nie ma zmiłuj się, wrzask na całego i niesiemy Szczypioła na rękach. Więc spręża nie tracę do końca :-).
"Swami mówił, że drzewa są jak sadhu: gdy wszyscy się poruszają, one pozostają cudownie nieruchome, stałe, świadome siebie, bez potrzeby biegania tu i tam w poszukiwaniu czegoś. Nigdy się takim nie stanę." Tiziano Terzani, Nic nie zdarza się przypadkiem
Hmmm... ja chyba też nie. Ale przez chwilę dobrze jest zanurzyć się w tę stałość... nawet w biegu.



Piękna trasa spacerowa :) A jak u Was z pogodą ? W Krakowie wreszcie wiosna, aż dziwnie się czuję, zupełnie odwykłam przez te wszystkie ciemno-zimno-śniegowe miesiące ;-)
OdpowiedzUsuńBuziaki,
E&E&W team
Ewelcia, jest piękna wiosna, wszystko kwitnie jak szalone, różowo-biało-purpurowo-żółto. Trochę więcej fot tutaj: https://plus.google.com/photos/117485685044905880596/albums/5863964280156698737?authkey=CNbyhuOj5pHbQQ
UsuńKibicowaliśmy Wam z tą wiosną i w końcu przyszła :-D.