poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Rockies

Zabieram się do napisania o Rockies jak do jeża. Już siadam, już mam zacząć, przełączam się na foty, żeby wejść w klimat i złapać inspirację i odpływam. Jak tu napisać o dwóch tygodniach w górach tak pięknych że nie wiem jak to opisać...

Czy najpiękniejsze na świecie?
Na pewno najpiękniejsze w swojej kategorii* ;).

Każdy park ze swoim własnym charakterem, malowany innymi barwami, kreślony inną kreską. Trochę tu Dolomitów, trochę Tatetków, trochę Bieszczadów, niektóre szczyty jak w szwajcarskich Alpach, niektóre jak w Tian Shan czy w Pirenejach.

Glacier National Park -> link do pełnej galerii pełnej zdjęć
Piękny Mordor, jeśli można utworzyć taki oksymoron, to tu będzie znakomicie pasował. Gdzie by wzrokiem nie powędrować, miazga na wszystkie 360 stopni. Strzeliste, honorne szczyty, z zawieszonymi lodowcami, górą pokryte śniegiem, który z resztą dopadał podczas jednej z naszych wycieczek. Wgiełgaliśmy się na Abbott Ridge skąd w nieskończoność wgapialiśmy gały (wybaczcie Gałeccy :p) w masywną pionową ścianę Mount MacDonald. Szukaliśmy wzrokiem możliwych dróg w tej skale można by rzec stworzonej dla łojantów. Co ciekawe, pierwsze drogi wytyczali szwajcarscy przewodnicy sprowadzeni zaraz po doprowadzeniu Canadian Pacific Railway do Rogers Pass. Mieli dzięki swojemu alpejskiemu doświadczeniu nadzorować budowę dróg podejściowych i dalej wspinaczkowych. Dla pełnego obrazu warto sobie uzmysłowić, że to obecnie 40 bitych godzin jazdy samochodem z Nowego Jorku. Na przełomie XIX i XX wieku, bo o tych czasach mówimy, większość statków (zapewne parowych) zawijała na wschodnie wybrzeże, skąd zapewne koleją (również parową) należało przebyć ponad 4200km, aby dostać się na Rogers Pass... Oni już wtedy wiedzieli że warto :D.

Piękny Mordor. Widok z Abbot Ridge na misiowe stadko. (Grizzly Mountain, Ursus Minor i Major Mountain, wszystkie w okolicach 2700mnpm)

 Widok z Abbot Ridge na Mount MacDonald 2869mnpm. Czyż nie przypomina trochę Matternhorn od szwajcarskiej strony właśnie?

A my tacy malutcy w tym całym ogromie górskim. Szczególnie odczuliśmy to następnego dnia po wdrapaniu się na Hermit Meadows. Dolinka zawieszona w cyrku górskim, prześlicznie położona, poprzecinana strumyczkami z pachnącymi, kolorowymi kwatuchami, a ponad nią surowe góry. Powiało prawdziwym wspinem, szczególnie jak podczas naszego spacerku minęły nas dwie grupy z linami i jak zobaczyliśmy rozbity namiot w miejscu gdzie nasz zasięg się kończył. To się nazywa mieć okno (namiotowe) z widokiem na raj!

Hermit Meadows z widokiem na Mount MacDonald przysłoniety kapeluszem i uwaga! Avalanche Mountain (2831) Tata: Tam właśnie synku nie należy chodzić w zimie. Synek: BUMMMM!!!

"Okno" z widokiem na Hermit Mountain (3044) i Mount Rogers (3086) - to te z tyłu, a na pierwszym planie misie widziane też z Abbot Ridge.

Yoho National Park -> link do ju-hu! wszystkich fot
O ile Galacier National Park był klasycznie górski, w takim naszym tatrzańsko-alpejskim pojmowaniu kasycyzmu ;), ze skałą w przeróżnych odcieniach szarości, maźniętą brudną bielą letniego śniegu, z zielonymi łąkami i szemrającymi strumieniami, to Yoho zaprezentowało się na rudo. Rudziutkie piękno (można doszukiwać się podtekstów, skojarzeń i dwuznaczności ;)). Już nie tak surowe, mniej strzeliste a bardziej plaskate, trochę zdolomicone. A przez nagłe zrywy i uskoki skalne obfite w grzmocące wodospady. A dla kontrastu ciche, bajeczne jeziora szmaragdowe...

 Widok na Yoho z Mount 7 Trails (2500) w Golden. Widziałam początek jednej traski rowerowej na tej górze - prawda, że była oznaczona znaczkiem "Expert", ale nie wiem jaki ekspert jest w stanie zjechać po korzeniach i kamieniach w trawersie o nachyleniu, tak na oko, 70stopni?!!!!

 Widok z Paget Lookout na Mount Ogden  (2695). Rudości rudziejące rdzawą rdzą.

Emerald Lake czyt. Szmaragdowe Jezioro

Ale by oddać sprawiedliwości miejscu i żeby nie wyszło, że takie znów bardzo "ciepłe kluchy", to ściany pionowe też były. Część startowała prosto z naszego kampu. Wychodząc spod prysznica można sobie było przysiąść jeszcze na pieńku, zadrzeć głowę do góry i zapatrzyć na rozpływające się ciepło zachodzącego słońca... w ścianach Katedry.

Cathedral Mountain widziana z kampingu Kicking Horse. 

Banff National Park -> link do banfastycznych zdjęć
W informacji turystycznej w wiosce Lake Louise powitała nas uśmiechnięta pani i przed wręczeniem mapy pokreśliła tak z 3/4, tłumacząc że tam iść nie możemy, gdyż aktualnie teren zajęły misie. Poptrzyliśmy więc lekko zdegustowani na ten skrawek mapy, który nie został zamalowany, no ale wyjścia nie było, dolina o kuszącej nazwie Paradise Valley stała się w tym roku rajem dla niedźwiedzi i musieliśmy się obejść smakiem. Wybraliśmy się zatem nad kanadyjskie Morskie Oko - Louise Lake. No i cóż tu wiele pisać, widoki ładne, jezioro fotogeniczne, choć wyzwaniem było złapać kadr bez pani z pieseczkiem, bandy bachorów albo pana fotografującego panią, która przysiadła zwiewnie na kamieniu w klapeczkach (pani w klapeczkach, nie kamień, żeby było jasne). Wyskoczyliśmy jeszcze piętro wyżej nad Agnes Lake, gdzie już ciut lepiej, jak w Piątce w wakacyjny weekend. Ale można było oddychać i powzdychać do ogromnych pionowych ścian i wiszących nad nimi lodowców. Odsłoniły się ziejące szczyty, a możliwe że ziały bo szło na deszcz.

Lake Louise. Dacie wiarę, że za nami wrąbali ogromny hotel  z 550 luksusowymi apartamentami ulokowanymi na 9 piętrach, o ile dobrze policzyłam. Masssakra!!!

Agnes Lake. Idzie dysc.

Widok z Big Beehive na ziejące szczyty, jakieś 150 m ponad Agnes Lake.

I jeśli ktoś w Kanadzie zatęskni za Dolimitami, to koniecznie Dolomite Pass. Wprawdzie po zejściu nie czeka chrupiaca bagietka z dobrym tanim włoskim winem, ale to co na górze rekompensuje w pełni ten kulinarny zawód. A skoro jesteśmy przy kulinarnych odlotach, to przepysznie prezentuje się skała (raj dla oka geologa ;)). Równolegle ułożone różnokolorowe warstwy jak w misternie przyrządzonym torcie, przeciętym ostrym nożem. Następnie niby od niechcenia jakby ktoś fantazyjnie wyciął kawałek w środku, to znowu okręcił lekko na łyżce, oblał sosem karmelowym i obsypał płatkami gorzkiej czekolady. Mniami :P.

 Dolomite Pass ze swoją cudną strukturą skały.

Dolomite Peak (2782). Czyż nie wygląda jak zatopiony dawno temu okręt?

Jasper National Park -> link do jasperowskich zdjęć
Jasper to mnóstwo zwierzyny, wszystko czego dusza zapragnie niedźwiedzie, nieniedźwiedzie, grizli, miski czarne, zielone, wiewiórki, myszy, elki, sarny, orły, kruki... jakby zobaczyć na wiki jakie zwierzęta zamieszkują Rockies, to większość podczas tych kilku dni chyba widzieliśmy na własne oczy. Druga charakterystyczna rzecz to ogromne spływające jęzory lodowców, z Columbia Icefield na czele. Na czele również z turystami w tym rejonie, bo wiadomo, że słówko "naj" przyciąga... i co tu dużo mówić, nas też przyciągnęło. Nie wykupiliśmy jednak wycieczki autobusem na lodowiec, ale wdrapaliśmy się na grańkę po drugiej strony doliny, żeby móc podziwiać ten cud natury.  O tak, nie pomyliłam się - na Columbia Icefield wjeżdżają autobusy na specjalnych szerokich kołach i pewnie z napędem na 4 koła. Kolejne wycieczki też obfitowały w lodowce oraz jeziora. Znów groźne góry, strzeliste płyty skalne i ziejące przełęcze.

Idziemy grańką po przeciwnej stronie doliny, z tyłu lekko na prawo Columbia Icefield.

Jęzor Angel Glacier spływający wodospadami do jeziora Cavell Lake.

Wielkie płyty skalne spływające do Maligne Lake. Widok z Bald Hills. 

Wszystko jak w pigułce, w dwa, zbyt krótkie tygodnie sierpniowe... Dotknęliśmy, liznęliśmy, z każdym dniem bardziej przekonani, że to tylko rekonesans, że przyjdzie czas by tu wrócić, by pobrać mapy na treki nie tylko jednodniowe, by dać nura w tę dzicz, tę przestrzeń i ten absolutnie piękny górski świat.


Wyjaśnienia:
* w Kanadzie wszystko jest opisywane jako największe, najdłuższe, pierwsze w swojej kategorii; śmieszy nas to, bo mają piękny kraj z ogromną ilością wspaniałych "rzeczy" i taki jakiś kompleks narodowy chyba wyłazi ;)

sobota, 17 sierpnia 2013

You are in bear country

Przywitały nas tablice informacyjne z wizerunkami niedźwiedzi.
Keep the "Wild" in Wildlife.
Do not disturb Wildlife.
Do not feed Wildlife. A Fed Bear is a Dead Bear.
Tablice ostrzegawcze umieszczone w każdym możliwym miejscu.


Nie żeby nas to jakoś specjalnie zaskoczyło. Wiedzieliśmy, że jedziemy do krainy niedźwiedzi, że w dolnych częściach lasów będą czyhały czarne niedźwiedzie, zwane również baribalami (Ursus americanus), a wyżej sławą już owiane grizli, których sama łacińska nazwa powoduje że włosy się jeżą na stopach - Ursus arctos horribilis!!!

Ale przecież się przygotowaliśmy. Przestudiowaliśmy ich zwyczaje, że najgroźniejsze są na wiosnę, że jak się natkniesz na matkę z młodymi to już tylko modlitwa zostaje, że uwielbiają zarośla z borówkami (no wiecie, Vaccinium myrtillus, takie co to w lasach małopolskich też rosną... a nie żadne jagody, fuj-a-fe). Wiedzieliśmy że trzeba się zachowywać tak by mocno zaznaczyć swoją obecność, by zwierza nie zaskoczyć, że trzeba gadać, śpiewać, pokrzykiwać, dzwonić czym się da i jak głośno się da, a najlepiej nie chodzić w grupie mniejszej niż 6 osób. Gdyż azaliż i wżdy tak licznej grupy żaden niedźwiedź jeszcze nie zaatakował w całej historii statystyki parków kanadyjskich. Zaznajomiliśmy się też z rekomendowanymi zachowaniami w sytuacji ewentualnego spotkania i ataku. Teoretycznie widzieliśmy czym się różni atak defensywny od agresywnego, jakby to miało jakieś większe znaczenie... mój ulubiony fragment z podręcznika kanadyjskich skautów to ten:
"If an attack is prolonged or the bear starts eating you, it is no longer being defensive and it is time to fight back (...) fight for your life!"


Do wszystkich wskazówek przykładnie się stosowaliśmy. Nabyliśmy gaz pieprzowy w ilości sztuk dwa, dzwoneczek przyczepiliśmy do nosidełka, a na szlakach przerobiliśmy cały nam znany repertuar muzyczny, poczynając od piosenek dla dzieci, przez szanty, pieśni patriotyczne, rock'n'rolla, bluesa, a na oryginalnych interpretacjach znanych i mniej znanych przebojów kończąc.




A i tak w sumie naliczyliśmy pięć sztuk w tym jednego grizli. Na szczęście wszystkie prócz jednego z daleka lub z samochodu. A ten jeden się zaplątał koło głośno szumiącego potoku i nie słyszał naszych wrzasków i wyleźliśmy niedaleko niego zza zakrętu. Był szybki wycof i jeszcze więcej hałasu i w końcu sobie poszedł. Przykładnie zaraportowaliśmy obsłudze parku o bliskim spotkaniu, na co pani strażniczka entuzjastycznie zareagowała: "Wow! So you must be excited, you have seen today a bear. Isn't it great!?" No i w sumie miała rację :D.

A po powrocie Magda opowiedziała nam świetny kawał. 
Wiecie jak odróżnić kupę niedźwiedzia czarnego od grizli? 
Otóż bobki czarnego są mniejsze, zawierają borówki, liście i trawę. Bobki grizli są większe, można w nich odnaleźć dzwoneczki i śmierdzą gazem pieprzowym.
Więc odstawiliśmy naszą broń na półkę z ulgą, bez żalu, że taka nietknięta.

czwartek, 25 lipca 2013

Columbijczyka portret zbritiszowany

Rano biegnie rundkę od kilku do kilkunastu kilometrów wzdłuż seawall'a omijając paniusie z ratlerkami, które jeszcze zaspane ciągną się na smyczy za swoimi pupilkami. Względnie w wersji bardziej extreem, wbiega Grouse Grindem 800m przewyższenia i zjeżdża kolejką na dół, żeby sobie kolan nie zharatać. Cały czas się dobrze nawadnia z aluminiowej butelki, którą zawsze ma przy sobie, bo odpowiednie nawodnienie to klucz zdrowego organizmu i wiadomo - szczęśliwego życia. Szybki prysznic pod niezbyt wysokim ciśnieniem, bo to bardziej ekologicznie. Dla ochrony środowiska nosi również wielorazówki na zakupy, segreguje śmieci i pobiera darmowe gazety z dystrybutorów... ale przecież lasu to raczej w BC nie brakuje, prawda? Już w drodze do pracy kawusia z Tim'sa w papierowym kubku, koniecznie z tekturką, żeby się nie poparzyć. I koniecznie z Tim Hortons'a, bo prawdziwy Kanadyjczyk innych niepatriotycznych brand'ów nie pija, a już najgorzej to amerykańskiego Starbucks'a. A do kawusi to w zależności od diety, przebiegniętego dystansu i spalonych kalorii, od Dunkin Donuts po organiczne tekturki z super hiper jakimś dodatkiem białka. I oczywiście uśmiech i "hi there" i "how are you doing, fine, thanks, same to you". Praca 9-5, albo nawet mniej, pod warunkiem zatrudnienia u kanadyjskiego pracodawcy, który jest gwarantem zachowania balansu zawodowo-życiowego. Tak więc nic tylko się zatrudnić u Kanadola i już nic więcej nie robić. A po pracy? pykanie w siateczkę ze znajomymi na plaży, albo joga, koniecznie w którymś z najnowszych modnych odcieni "Lululemon" i matą pod kolor, albo zatoczyć się kajaczkiem, albo jeszcze posiedzieć na trawce w parku i wypalić skręta. Potem wieczorem wraca do swojego mieszkania z meblami z Ikei, które zakupił przed miesiącem z planem zostania w tym mieszkaniu na rok... potem może przeprowadzka do tego bloku z basenem, a może do tego z lepszym widokiem?

Kolaż ze zdjęć Magdy W., a hambus jest Dominika (wiadomo! ;)).

Zadowolony, zadbany, uśmiechnięty, obecny, zaangażowany... Chyba to zaangażowanie mi najbardziej imponuje. Świadomy swojego wpływu na otoczenie i tego pozytywnego i tego negatywnego. Gdy widzi, że coś się dzieje, zawsze zareaguje, uprzejmie i konstruktywnie. Ostatnio mieliśmy zapach papierosów z piętrze i sąsiad przeszedł po wszystkich mieszkaniach z prośbą, by zatkać dziurę pod drzwiami, żeby dym się nie wydostawał z mieszkania na klatkę. Zero insynuacji, że ktoś mógłby w ogóle na klatce palić, bo przecież nie wolno.

A pierwszą rzeczą, która mi się przytrafi po powrocie będzie rozjechanie przez samochód, bo tutaj każdy kierowca zatrzymuje się choćbym była i 5 metrów od przejścia. Tak więc mnie rozjedzie pierwszy lepszy spieszący się rano do pracy, a na drugie śniadanie Qbka pożre jakiś pies. Bo to drugi ewenement na skalę światową - nie ma agresywnych psów! Żaden nie szczeka, ani nie warczy, wszystkie zabawowe, pieszczotliwe, w najgorszym wypadku po prostu nie zwracają uwagi. Zupełnie jak ich właściciele.

I jeszcze żeby dopełnić tego obrazu, muszę wspomnieć o kobietach. Naturalne piękno niezależnie od stylu, czy na sportowo, czy na elegancko, czy na orientalnie, lekki makijaż albo wcale, swobodne, pewne ruchy. Zwykle długie włosy, upięte dla wygody. Z jednej strony bardzo kobiece, z drugiej bardzo niezależne i wyemancypowane. I ten uśmiech i życzliwość... wydają mi się prawdziwe :D.



sobota, 13 lipca 2013

Wyspiarsko

Jest coś innego w powietrzu w momencie kiedy schodząc z promu, stawia się stopę na wyspie. Może to świadomość ograniczoności przestrzeni, coś na kształt przednówka klaustrofobii. Żyjemy w świecie bez granic, wydaje nam się, że możemy wszytko, a tu nagle jesteśmy ograniczeni rozmiarami wyspy. Inaczej patrzy się wtedy na góry na horyzoncie jeśli wiadomo że zaraz za nimi rozciaga się ocen. I choć go nie widać, to jego obecność nadaje krajobrazowi 3 punkty do oryginalności i 5 punktów do mistycyzmu.

Życie wyspiarskie płynie wolniej, ludzie się nie spieszą, bo do czego się spieszyć, za czym gonić? Każdy ma swój skrawek ziemi wokół domu, spokojną pracę w jedynej kolalnej knajpie, na poczcie albo raczej w punkcie pocztowym, na polu namiotowym lub w lokalnej gazecie wydawanej nakładem 1000 egzemplarzy. Jedna droga przecinająca ten skrawek lądu, na której wszyscy przestrzegają ograniczeń prędkości.

Sklepy, albo lepiej rzec galerie, oferują rękodzieło lokalnych artystów i rzemieśliników. Można sobie nabyć drewniany totem niestety bez duszy przodków, łapacza snów do zawieszenia nad łóżkiem, koraliki z muszelek na sznureczku, kamienie energetyczne i wszelkie inne cuda, które po powrocie do domu nagle tracą swoją całą magię i zapomniane wpadają za szafę, do pudełka z wszystkimi niepotrzebnymi tego typu wspomnieniami lub w najlepszym razie zbierają kurz na półce w pokoju gościnnym. Ale tu tu na miejscu, na wyspie wręcz mocą emanują, a może to wyspa odbija w nich swoją magię?

Odwiedziliśmy trzy różne, nawet bardzo różne i pod względem wielkości i zaludnienia i wreszcie ukształtowania terenu, ale każda wycieczka sielsko zaczynała się już na promie. Łagodny zefirek, spokojna muzyczka, słoneczko, ktoś tam popija kawkę i przegryza muffinem, ktoś siedzi na pokładzie opala nogi i czyta książkę, ktoś znowu łapie uciekający krajobraz w obiektyw...

Kolaż ze zdjęć Dominika.

czwartek, 4 lipca 2013

Las deszczowy

Tutaj na zachodnim wybrzeżu nie ma czegoś takiego jak łagodne przejście pomiędzy lasem a oceanem. W miejscu gdzie kończy się ostatnia fala, jak tylko ocean nieco odpuści, drzewa wystrzeliwują w górę. Granica pomiędzy tymi dwoma gigantami jest zmienna. Ocean ciska kamienie, kłody, a nawet samego siebie między drzewa. W odwecie korzenie sosen i świerków wciskają się w każdy najmniejszy zakamarek skalny przeznaczony dla pąkli i skałoczepów, górują nad ogrodem z ukwiałów i rozgwiazd, co zasłania się falą z każdym przypływem. Powietrze jest jednocześnie przesiąknięte zapachem ryb i gliny z dodatkiem gnijących wodorstów i butwiejącego drewna. Stojąc na plaży można rozkoszować się widokiem po sam horyzont, tak daleko jak tylko wzrok pozwoli, ale jeśli się odwróci plecami do wody, zostanie się oślepinym jakby weszło się nagle do ciemnego pokoju. Znalezienie ścieżki w tym gąszczu graniczy z cudem. Drzewa owinięte w mchy i okryte paprociami jak przebierańcy z upiornego dramatu strzegą swoich tajemnic.

Las deszczowy w British Columbia jest niesamowity: ogromne, święte, ponadczasowe drzewa, rozłożyste i strzeliste niczym katedra w Notre Dame, jednak dla obcego niebardzo przyjazne miejsce. Można być 20 kroków od drogi lub plaży i starcić orientację. Będąc w środku ma się uczucie wyjścia poza czas, nie ma przeszłości ani przyszłości, tylko przemoknięta, mrocznawa rzeczywistość. Pod stopami podcinająca nogi plątanina korzeni i gałęzi, a co 15 metrów zwalone, pokryte mchem drzewo, grubsze niż stojący człowiek i długie na kilkadziesiąt metrów. Te z kolei są żywicielami dla kolejnych pokoleń. Cała zgraja młodych, rwących się do światła drzewek, jak zastęp zuchów wyrasta na tych starych pniach. Tutaj nie ma granicy pomiędzy życiem a śmiercią, jedno istnienie zlewa się i miesza z drugim: każde odchodzące życie staje się początkem innego, walczącego o kawałek nieba dla siebie. Głęboko w dole ciężkie podszycie lasu kryje strumienie i tylko szmery zdradzają obecność wody, bo okiem niesposób przejrzeć przez tę gęstwinę. Ziemia jest miękka i gąbczasta jak stary materac. Ma się wrażanie, że jeśli noga postanie zbyt długo, zostanie się obrośniętym i wchłoniętym przez ten pradawny, pierwotny żywioł. Przytłaczające, duszące uczucie wywołuje nieodparte pragnienie światła słonecznego, które możnaby szybko zaspokoić, gdyby nie te drzewa...

Kolaż ze zdjęć Dominika głównie z zimy i wczesnej wiosny.

Tekst inspirowany książką "The Golden Spruce" John Vaillant.


piątek, 28 czerwca 2013

Czy warto wyjechać do Kanady?

Zasłyszane:
-> 
Na narty albo sushi warto :P
-> Warto !!:) Dobrze jest :) Ciepło, zielono, i jeszcze nie było trzęsienia ziemi...
tylko trzeba jeszcze na dłużej zostać, żeby finansowo "na swoje" wyjść :) No i najlepiej kupić nieruchomość, a nie wywalać 1 tys CAD (albo i więcej) miesięcznie na czynsz....
-> Warto, co by docenić co się ma i ewentualnie ocenić co fajniejsze czy to w Pl czy to w Kanadzie. No i żeby mieć co wspominać :D.

Subiektywnie:
Warto jeśli w ogóle chce się na jakiś czas wyjechać, ale trzeba pamiętać, że swój haracz imigranta trzeba zapłacić jak wszędzie.

Obiektywnie:
artykuł: RYNEK PRACY W KANADZIE

czwartek, 27 czerwca 2013

Windą do...?

Instytucja windy znana od ponad 150 lat w bloku takim jak nasz cieszy się wzięciem. Szczególnie chętnie wciskamy guzik mieszkając na 9 piętrze. Ale rozprawka o windzie nie będzie traktować podejścia technicznego, bo choć wkurzające jest czekanie i nieraz zastanawiam się co za informatyk wymyślił taki algorytm, że ciągnie na samą górę dźwig z garażu, zamiast z 5 piątego piętra. A! Trzeba w tym miejscu dodać że windy są dwie, więc zadanie nie takie znów bardzo skomplikowane.

Ale jak traktować windę? Czy ściągnąć wałki z głowy, zrzucić podomkę i założyć coś mniej domowego, nawet jak się zjeżdża do sąsiada po cukier albo nastawić pranie. Bo w pralni to już nie przeszkadza, że się paraduje w pidżamie (tym bardziej u sąsiada), ale na 2 metrach kwadratowych?! A nie daj boże kilka osób wsiądzie... Albo czy można poprawiać makijaż śpiesząc się do pracy, albo wyciągnąć z torebki tego dnia jeszcze nieodkręcone perfumy? To jeszcze nie problem jak się jedzie samemu, rach ciach i zaraz się znika, w przeciwieństwie do pozostawionych oparów. Może w takim razie należałoby przed każdymi drzwiami do windy postawić tabliczkę:
"Nie urzywać aerozoli. Brać regularnie prysznic.
Nie palić papierosów przynajmniej pół godziny przed wejściem do windy.
Wywietrzyć ubranie szczególnie dokładnie po pleniu maryśki."

Bo oparami upalić się nie da, a tylko drażni zmysły. I jedyne co usprawiedliwia zapach maryśki w windzie to to że na jednym i drugim można wznieść się wysoko. Poziom dostępności też jest podobny. Windę złapać można w każdym wyższym budynku, a zioło za co drugim bez względu na wysokość, więc statystycznie wychodzi na to samo. Wystarczy mieć karteczkę od lekarza diagnozującą problemy z oddychaniem i już można się inhalować do woli... tylko błagam nie w windzie!

A jak by tak windą do nieba? Przemiła, dobrze zakonserwowana staruszka w niedzielny poranek jedzie windą... do kościoła.
- Idę na śniadanie organizowane tutaj w tym kościele na rogu - opowiada zapytana czy idzie na poranny spacer.
- Mmmmm, fajnie, taki poranny pokarm dla duszy - komentuję uniesiona jej duchowością, a może po prostu hamującą właśnie na parterze windą.
Rzuca mi ironiczne spojrzenie spod zmarszczonego czoła.
- Cokolwiek - odpowiada krótko i wychodzi stukając laseczką i zostawiając mnie wgniecioną w podłogę windy.

Ale nie ma co psioczyć na windę, bo jak się raz oba dźwigi zepsuły, to była wielka bieda. I kto powiedział, że z wózkiem z 9 piętra zejść się nie da. Oj da się, da. Doświadczenie cokolwiek specyficzne i sprzeczne z zasadami fizyki, bo z każdym jednym metrem mniej, ciśnienie rośnie. I znów w przeciwną stronę idą kolejne wskaźniki, rośnie również poziom natężenia dźwięków wydobywających się z wózka i spada diametralnie tolerancja, by na parterze osiągnąć okrągłe zero. Na szczęście był to odosobniony przypadek, który więce się nie powtórzył.

Powtarzają się natomiast przygodne rozmowy, a nawet wymiana gadżetów. Moim ulubieńcem jest koleś z 8 piętra w jaskrawych getrach, zawsze jakiejś kolorowej bluzce, co już wystarcza by zająć Malucha na całą podróż. Ale dostajemy zawsze w bonusie, czy to pluszową torebkę do potrzymania, czy to fancy okulary do przymierzenia, albo znów jakiś lśniący parasol do postukania w podłogę. Dla Malucha odlot.

I sami powiedźcie, jak tu nie odlecieć w windzie? :D