czwartek, 4 lipca 2013

Las deszczowy

Tutaj na zachodnim wybrzeżu nie ma czegoś takiego jak łagodne przejście pomiędzy lasem a oceanem. W miejscu gdzie kończy się ostatnia fala, jak tylko ocean nieco odpuści, drzewa wystrzeliwują w górę. Granica pomiędzy tymi dwoma gigantami jest zmienna. Ocean ciska kamienie, kłody, a nawet samego siebie między drzewa. W odwecie korzenie sosen i świerków wciskają się w każdy najmniejszy zakamarek skalny przeznaczony dla pąkli i skałoczepów, górują nad ogrodem z ukwiałów i rozgwiazd, co zasłania się falą z każdym przypływem. Powietrze jest jednocześnie przesiąknięte zapachem ryb i gliny z dodatkiem gnijących wodorstów i butwiejącego drewna. Stojąc na plaży można rozkoszować się widokiem po sam horyzont, tak daleko jak tylko wzrok pozwoli, ale jeśli się odwróci plecami do wody, zostanie się oślepinym jakby weszło się nagle do ciemnego pokoju. Znalezienie ścieżki w tym gąszczu graniczy z cudem. Drzewa owinięte w mchy i okryte paprociami jak przebierańcy z upiornego dramatu strzegą swoich tajemnic.

Las deszczowy w British Columbia jest niesamowity: ogromne, święte, ponadczasowe drzewa, rozłożyste i strzeliste niczym katedra w Notre Dame, jednak dla obcego niebardzo przyjazne miejsce. Można być 20 kroków od drogi lub plaży i starcić orientację. Będąc w środku ma się uczucie wyjścia poza czas, nie ma przeszłości ani przyszłości, tylko przemoknięta, mrocznawa rzeczywistość. Pod stopami podcinająca nogi plątanina korzeni i gałęzi, a co 15 metrów zwalone, pokryte mchem drzewo, grubsze niż stojący człowiek i długie na kilkadziesiąt metrów. Te z kolei są żywicielami dla kolejnych pokoleń. Cała zgraja młodych, rwących się do światła drzewek, jak zastęp zuchów wyrasta na tych starych pniach. Tutaj nie ma granicy pomiędzy życiem a śmiercią, jedno istnienie zlewa się i miesza z drugim: każde odchodzące życie staje się początkem innego, walczącego o kawałek nieba dla siebie. Głęboko w dole ciężkie podszycie lasu kryje strumienie i tylko szmery zdradzają obecność wody, bo okiem niesposób przejrzeć przez tę gęstwinę. Ziemia jest miękka i gąbczasta jak stary materac. Ma się wrażanie, że jeśli noga postanie zbyt długo, zostanie się obrośniętym i wchłoniętym przez ten pradawny, pierwotny żywioł. Przytłaczające, duszące uczucie wywołuje nieodparte pragnienie światła słonecznego, które możnaby szybko zaspokoić, gdyby nie te drzewa...

Kolaż ze zdjęć Dominika głównie z zimy i wczesnej wiosny.

Tekst inspirowany książką "The Golden Spruce" John Vaillant.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz