Las deszczowy w British Columbia jest niesamowity: ogromne, święte, ponadczasowe drzewa, rozłożyste i strzeliste niczym katedra w Notre Dame, jednak dla obcego niebardzo przyjazne miejsce. Można być 20 kroków od drogi lub plaży i starcić orientację. Będąc w środku ma się uczucie wyjścia poza czas, nie ma przeszłości ani przyszłości, tylko przemoknięta, mrocznawa rzeczywistość. Pod stopami podcinająca nogi plątanina korzeni i gałęzi, a co 15 metrów zwalone, pokryte mchem drzewo, grubsze niż stojący człowiek i długie na kilkadziesiąt metrów. Te z kolei są żywicielami dla kolejnych pokoleń. Cała zgraja młodych, rwących się do światła drzewek, jak zastęp zuchów wyrasta na tych starych pniach. Tutaj nie ma granicy pomiędzy życiem a śmiercią, jedno istnienie zlewa się i miesza z drugim: każde odchodzące życie staje się początkem innego, walczącego o kawałek nieba dla siebie. Głęboko w dole ciężkie podszycie lasu kryje strumienie i tylko szmery zdradzają obecność wody, bo okiem niesposób przejrzeć przez tę gęstwinę. Ziemia jest miękka i gąbczasta jak stary materac. Ma się wrażanie, że jeśli noga postanie zbyt długo, zostanie się obrośniętym i wchłoniętym przez ten pradawny, pierwotny żywioł. Przytłaczające, duszące uczucie wywołuje nieodparte pragnienie światła słonecznego, które możnaby szybko zaspokoić, gdyby nie te drzewa...
Kolaż ze zdjęć Dominika głównie z zimy i wczesnej wiosny.
Tekst inspirowany książką "The Golden Spruce" John Vaillant.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz