Życie wyspiarskie płynie wolniej, ludzie się nie spieszą, bo do czego się spieszyć, za czym gonić? Każdy ma swój skrawek ziemi wokół domu, spokojną pracę w jedynej kolalnej knajpie, na poczcie albo raczej w punkcie pocztowym, na polu namiotowym lub w lokalnej gazecie wydawanej nakładem 1000 egzemplarzy. Jedna droga przecinająca ten skrawek lądu, na której wszyscy przestrzegają ograniczeń prędkości.
Sklepy, albo lepiej rzec galerie, oferują rękodzieło lokalnych artystów i rzemieśliników. Można sobie nabyć drewniany totem niestety bez duszy przodków, łapacza snów do zawieszenia nad łóżkiem, koraliki z muszelek na sznureczku, kamienie energetyczne i wszelkie inne cuda, które po powrocie do domu nagle tracą swoją całą magię i zapomniane wpadają za szafę, do pudełka z wszystkimi niepotrzebnymi tego typu wspomnieniami lub w najlepszym razie zbierają kurz na półce w pokoju gościnnym. Ale tu tu na miejscu, na wyspie wręcz mocą emanują, a może to wyspa odbija w nich swoją magię?
Odwiedziliśmy trzy różne, nawet bardzo różne i pod względem wielkości i zaludnienia i wreszcie ukształtowania terenu, ale każda wycieczka sielsko zaczynała się już na promie. Łagodny zefirek, spokojna muzyczka, słoneczko, ktoś tam popija kawkę i przegryza muffinem, ktoś siedzi na pokładzie opala nogi i czyta książkę, ktoś znowu łapie uciekający krajobraz w obiektyw...
Kolaż ze zdjęć Dominika.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz