poniedziałek, 16 września 2013

Koła czasu

Mniej jak u Chylińskiej (choć to dobry polski rock), a bardziej wg wschodniego, azjatyckiego pojęcia czasu, zataczamy koło. Sekwencja zdarzeń powtarzających się cyklicznie po dziewięciu miesiącach i znów wylądowaliśmy w weekend poprzedni na Seymur i Chief'ie. Dokładnie w takiej samej kolejności, znów po jednym dniu na każdy, i ba! nawet w podobnym składzie :). Obie górki to takie "must do". Seymur z racji tego że jest zaraz nad Vancouver i panorama z niego prawdziwie nieziemska na miasto się rozciąga, a Chief z racji tego, że jest największą monolityczną ścianą w swojej kategorii oczywiście.

Widok na Mount Baker (3286) z drugiego wierzchołka Seymur. 

Mój ulubiony widok na łódeczki, czyli English Bay zaraz przy Vancouver, dalej na horyzoncie Vancouver Island.

 Mount Garibaldi, miejsce, góra do której zdecydowanie trzeba wrócić. A jak z daleka nie zachęca, to zachęcam do obejrzenia z bliska na fotach Magdy W.

A to kolejny ulubiony widok, tym razem z trzeciego wierzchołka Chiefa na zatokę przed Squamish i drogę Sea to Sky.
  
Inukshuk - symbol używany przez plemiona północnych rejonów Kanady, oznaczający w języku Inuitów "przyjaciela". Dawniej kamienie w taki kształt układano dla oznaczenia drogi dla przemierzających tundrę. Tego jakiś turysta ustawił na Seymur, żeby było wiadomo gdzie jest szczyt :D. 
Stał się symbolem Olimpiady 2010 i samego Vancouver. Vancouverczycy tłumaczą jego symbolikę jako gościnność, która z otwartymi ramionami wita nowych przybyszów każdego dnia. Ładnie prawda? :). 

sobota, 14 września 2013

Wspomnienie lata

Dzisiejszy dzień cały zasnuty mgłą, więc by odczarować tę szarugę, zabrałam się na uporządkowanie zaległych zdjęć i jak się od razu zrobiło słonecznie i jasno... zapachniało trawą w parku, piaskiem z plaży, usłyszałam wesoły gwar ulic i muzykę. Od strony downtown grał jazz, a ze Stanley Parku dochodził wesoła, lekka popowa mieszanina czegoś co znam z "it is you Vancouver" :D.


Lato się skończyło definitywnie, prognozy zapowiadają deszcze, ochłodzenie i katar. Tzn. katar już nas dopadł zwiastując początek jesieni. Więc a-psik na pohybel wilgoci!

Biiiiiig car

Biiiiiig to jedno z pierwszych słów Qby, biiiiig są pickupy, biiiiig są kempery, biiiiig są terenowe dżipy, a ciężarówki są jeszcze bardziej, bo aż byyyyyyg.

Ale po co takie wielkie te wszystkie bigi i bygi? Po co tyle bulić za benzynę?
Każdy ma jakieś inne wytłumaczenie. Zamiast osobówki suv, bo bezpieczniej, a wiadomo "safety first", bo się zmieszczą zakupy, hulajnoga, dwa koty, wózek... Na terenowe drogi, których tu mnóstwo, nie da się wjechać inaczej niż terenówką i to nie taką cukierkową ravką. Trzeba solidnego sprzętu, na kołach takich, że mogłabym sobie postawić puderniczkę i obok lusterko i dokonać porannej toalety. Drogi przeznaczone kiedyś do zwózki drzewa teraz służą jako podjazdy pod szlaki, punkty widokowe lub pola namiotowe. Można jechać kilkadziesiąt kilometrów po terenie, przez potoki, rowy, wystające głazy i resztki śniegu jak się akurat trafi wyjazd na wiosnę. Mnóstwo przestrzeni na pick-upie by pomieścić rowery, dwa psy, zestaw wędkarski z krzesłami i jeszcze małą łódeczkę, do której zmieszczą się pan z panią i wspomniane dwa czworonogi. Kerpery wielkości domków letniskowych z dwiema sypialniami, prysznicem w łazience, kuchnią i daję sobie rękę uciąć, że są i takie z jacuzzi.

Jariska, którą ostatnio wypożyczyliśmy na weekend, wydała się wybrykiem natury...


Na kontynencie pierwszej masowej produkcji samochodów, nikt nawet nie pomyśli, że można by się obejść bez czterech kółek. Dla niektórych to znacznie więcej niż cztery kółka :D.

środa, 4 września 2013

Kolorowo

Kolorowo nie tylko dlatego, że jesień idzie i nie ma na to rady, i liście już żółkną i nawet czerwone liście klonowe spadają na chodnik. Nie tylko dlatego że na ulicach mija się każdego dnia ludzi o wszystkich odcieniach skóry, fakturach włosów i kształcie oczu. Kolorowo nie tylko dlatego że ogródki obsypane kwieciem. I nie tylko dlatego że wystawy sklepowe kuszą kolorami. Też nie tylko dlatego, że stragany uliczne uginają się pod owocami i warzywami z wszystkich stron świata.

Miasto samo z siebie, bez względu na porę roku, nie zważając na mieszkańców, ich upodobania w zakresie mody i gusta kulinarne, dba o swoją malowniczość. A to graffiti, a to inne malunki na ścianach, to znów pociągnięte farbą ławki albo fantazyjnie tęczowo pomalowane przejścia dla pieszych. A na głowami flagi. Każda dzielnica ma swoje własne, pasujące do jej charakteru lub aktualnych wydarzeń. Więc jeśli jest "teatr shekspirowski" to będzie o tym wzmianka, jeśli festiwal jazzowy to też odciśnie się malunkiem. Takie łopoczące, nienachalne estetyczne plakaty.


niedziela, 1 września 2013

Japończyk pod młotek

Zataczamy powoli koło jak w azjatyckim pojmowaniu czasu. Wczoraj poszła pod młotek ravka, więc dziś tak jak pierwszego dnia po przyjeździe, czyli dokładnie w nowy rok 2013, odwiedziliśmy autobusem Mount Grouse. Życie bez samochodu wymaga pewnej gimnastyki, ale ma też swoje plusy... cudowną lekkość bytu.

Największa kotwica została odcumowana i cały wrzesień będziemy sobie dryfować ;). Ale tu takie poetyckie skojarzenia a walka znów była zawzięta. Tym razem nie chińska mafia, a hinduscy naciągacze nas dopadli. Po opublikowaniu ogłoszenia o sprzedaży na trzech znanym portalach, zostaliśmy zasypani mejlami i telefonami, że pan X zapłaci nam od razu 500$ więcej, tylko nie może osobiście, więc przyśle agenta po samochód a sam zapłaci przez PayPal. Albo że pani Y bardzo pragnie kupić samochód dla bratanka, ale mieszka w Toronto, a on w Vancouver, więc żeby mu zrobić niespodziankę, to przyśle agenta i zapłaci przez PayPal. Że pan Z pływa na statkach, ale od dawna chcieli z żoną taki samochód; ona jest teraz na wakacjach, ale on rozumie że nie będziemy czekać, więc przyśle agenta i zapłaci przez PayPal. Jeden gość nawet przyjechał po zmroku oglądać auto z żoną i z dziećmi, po czym wysłał mejla, że rusza w podróż służbową, ale bardzo mu auto odpowiada, więc sfinalizujmy transakcję i od zapłaci przez PayPal. I takich historii można by mnożyć na pęczki. Po pierwszej wiadomości aż podskoczyłam, że świetnie szybko autko pójdzie, ale jak przyszły kolejne 2 z tym PayPal'em to się zaczęliśmy zastanawiać.  I wyszperaliśmy, że jest to jeden z prostszych sposobów wyłudzenia pieniędzy. Działa tak, że nabywca robi przelew przez PayPal i sprzedający widzi pieniądze na koncie, więc oddaje kluczyki i samochód agentowi. Następnie kupujący oznajmia że towaru nie otrzymał i żąda zwrotu pieniędzy. I z tego co piszą, dostaje je z powrotem, bo bank nakazem sądu robi przelew zwrotny. No i powiedzcie, czy to nie dziki kraj!!!??? ;)

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Rockies

Zabieram się do napisania o Rockies jak do jeża. Już siadam, już mam zacząć, przełączam się na foty, żeby wejść w klimat i złapać inspirację i odpływam. Jak tu napisać o dwóch tygodniach w górach tak pięknych że nie wiem jak to opisać...

Czy najpiękniejsze na świecie?
Na pewno najpiękniejsze w swojej kategorii* ;).

Każdy park ze swoim własnym charakterem, malowany innymi barwami, kreślony inną kreską. Trochę tu Dolomitów, trochę Tatetków, trochę Bieszczadów, niektóre szczyty jak w szwajcarskich Alpach, niektóre jak w Tian Shan czy w Pirenejach.

Glacier National Park -> link do pełnej galerii pełnej zdjęć
Piękny Mordor, jeśli można utworzyć taki oksymoron, to tu będzie znakomicie pasował. Gdzie by wzrokiem nie powędrować, miazga na wszystkie 360 stopni. Strzeliste, honorne szczyty, z zawieszonymi lodowcami, górą pokryte śniegiem, który z resztą dopadał podczas jednej z naszych wycieczek. Wgiełgaliśmy się na Abbott Ridge skąd w nieskończoność wgapialiśmy gały (wybaczcie Gałeccy :p) w masywną pionową ścianę Mount MacDonald. Szukaliśmy wzrokiem możliwych dróg w tej skale można by rzec stworzonej dla łojantów. Co ciekawe, pierwsze drogi wytyczali szwajcarscy przewodnicy sprowadzeni zaraz po doprowadzeniu Canadian Pacific Railway do Rogers Pass. Mieli dzięki swojemu alpejskiemu doświadczeniu nadzorować budowę dróg podejściowych i dalej wspinaczkowych. Dla pełnego obrazu warto sobie uzmysłowić, że to obecnie 40 bitych godzin jazdy samochodem z Nowego Jorku. Na przełomie XIX i XX wieku, bo o tych czasach mówimy, większość statków (zapewne parowych) zawijała na wschodnie wybrzeże, skąd zapewne koleją (również parową) należało przebyć ponad 4200km, aby dostać się na Rogers Pass... Oni już wtedy wiedzieli że warto :D.

Piękny Mordor. Widok z Abbot Ridge na misiowe stadko. (Grizzly Mountain, Ursus Minor i Major Mountain, wszystkie w okolicach 2700mnpm)

 Widok z Abbot Ridge na Mount MacDonald 2869mnpm. Czyż nie przypomina trochę Matternhorn od szwajcarskiej strony właśnie?

A my tacy malutcy w tym całym ogromie górskim. Szczególnie odczuliśmy to następnego dnia po wdrapaniu się na Hermit Meadows. Dolinka zawieszona w cyrku górskim, prześlicznie położona, poprzecinana strumyczkami z pachnącymi, kolorowymi kwatuchami, a ponad nią surowe góry. Powiało prawdziwym wspinem, szczególnie jak podczas naszego spacerku minęły nas dwie grupy z linami i jak zobaczyliśmy rozbity namiot w miejscu gdzie nasz zasięg się kończył. To się nazywa mieć okno (namiotowe) z widokiem na raj!

Hermit Meadows z widokiem na Mount MacDonald przysłoniety kapeluszem i uwaga! Avalanche Mountain (2831) Tata: Tam właśnie synku nie należy chodzić w zimie. Synek: BUMMMM!!!

"Okno" z widokiem na Hermit Mountain (3044) i Mount Rogers (3086) - to te z tyłu, a na pierwszym planie misie widziane też z Abbot Ridge.

Yoho National Park -> link do ju-hu! wszystkich fot
O ile Galacier National Park był klasycznie górski, w takim naszym tatrzańsko-alpejskim pojmowaniu kasycyzmu ;), ze skałą w przeróżnych odcieniach szarości, maźniętą brudną bielą letniego śniegu, z zielonymi łąkami i szemrającymi strumieniami, to Yoho zaprezentowało się na rudo. Rudziutkie piękno (można doszukiwać się podtekstów, skojarzeń i dwuznaczności ;)). Już nie tak surowe, mniej strzeliste a bardziej plaskate, trochę zdolomicone. A przez nagłe zrywy i uskoki skalne obfite w grzmocące wodospady. A dla kontrastu ciche, bajeczne jeziora szmaragdowe...

 Widok na Yoho z Mount 7 Trails (2500) w Golden. Widziałam początek jednej traski rowerowej na tej górze - prawda, że była oznaczona znaczkiem "Expert", ale nie wiem jaki ekspert jest w stanie zjechać po korzeniach i kamieniach w trawersie o nachyleniu, tak na oko, 70stopni?!!!!

 Widok z Paget Lookout na Mount Ogden  (2695). Rudości rudziejące rdzawą rdzą.

Emerald Lake czyt. Szmaragdowe Jezioro

Ale by oddać sprawiedliwości miejscu i żeby nie wyszło, że takie znów bardzo "ciepłe kluchy", to ściany pionowe też były. Część startowała prosto z naszego kampu. Wychodząc spod prysznica można sobie było przysiąść jeszcze na pieńku, zadrzeć głowę do góry i zapatrzyć na rozpływające się ciepło zachodzącego słońca... w ścianach Katedry.

Cathedral Mountain widziana z kampingu Kicking Horse. 

Banff National Park -> link do banfastycznych zdjęć
W informacji turystycznej w wiosce Lake Louise powitała nas uśmiechnięta pani i przed wręczeniem mapy pokreśliła tak z 3/4, tłumacząc że tam iść nie możemy, gdyż aktualnie teren zajęły misie. Poptrzyliśmy więc lekko zdegustowani na ten skrawek mapy, który nie został zamalowany, no ale wyjścia nie było, dolina o kuszącej nazwie Paradise Valley stała się w tym roku rajem dla niedźwiedzi i musieliśmy się obejść smakiem. Wybraliśmy się zatem nad kanadyjskie Morskie Oko - Louise Lake. No i cóż tu wiele pisać, widoki ładne, jezioro fotogeniczne, choć wyzwaniem było złapać kadr bez pani z pieseczkiem, bandy bachorów albo pana fotografującego panią, która przysiadła zwiewnie na kamieniu w klapeczkach (pani w klapeczkach, nie kamień, żeby było jasne). Wyskoczyliśmy jeszcze piętro wyżej nad Agnes Lake, gdzie już ciut lepiej, jak w Piątce w wakacyjny weekend. Ale można było oddychać i powzdychać do ogromnych pionowych ścian i wiszących nad nimi lodowców. Odsłoniły się ziejące szczyty, a możliwe że ziały bo szło na deszcz.

Lake Louise. Dacie wiarę, że za nami wrąbali ogromny hotel  z 550 luksusowymi apartamentami ulokowanymi na 9 piętrach, o ile dobrze policzyłam. Masssakra!!!

Agnes Lake. Idzie dysc.

Widok z Big Beehive na ziejące szczyty, jakieś 150 m ponad Agnes Lake.

I jeśli ktoś w Kanadzie zatęskni za Dolimitami, to koniecznie Dolomite Pass. Wprawdzie po zejściu nie czeka chrupiaca bagietka z dobrym tanim włoskim winem, ale to co na górze rekompensuje w pełni ten kulinarny zawód. A skoro jesteśmy przy kulinarnych odlotach, to przepysznie prezentuje się skała (raj dla oka geologa ;)). Równolegle ułożone różnokolorowe warstwy jak w misternie przyrządzonym torcie, przeciętym ostrym nożem. Następnie niby od niechcenia jakby ktoś fantazyjnie wyciął kawałek w środku, to znowu okręcił lekko na łyżce, oblał sosem karmelowym i obsypał płatkami gorzkiej czekolady. Mniami :P.

 Dolomite Pass ze swoją cudną strukturą skały.

Dolomite Peak (2782). Czyż nie wygląda jak zatopiony dawno temu okręt?

Jasper National Park -> link do jasperowskich zdjęć
Jasper to mnóstwo zwierzyny, wszystko czego dusza zapragnie niedźwiedzie, nieniedźwiedzie, grizli, miski czarne, zielone, wiewiórki, myszy, elki, sarny, orły, kruki... jakby zobaczyć na wiki jakie zwierzęta zamieszkują Rockies, to większość podczas tych kilku dni chyba widzieliśmy na własne oczy. Druga charakterystyczna rzecz to ogromne spływające jęzory lodowców, z Columbia Icefield na czele. Na czele również z turystami w tym rejonie, bo wiadomo, że słówko "naj" przyciąga... i co tu dużo mówić, nas też przyciągnęło. Nie wykupiliśmy jednak wycieczki autobusem na lodowiec, ale wdrapaliśmy się na grańkę po drugiej strony doliny, żeby móc podziwiać ten cud natury.  O tak, nie pomyliłam się - na Columbia Icefield wjeżdżają autobusy na specjalnych szerokich kołach i pewnie z napędem na 4 koła. Kolejne wycieczki też obfitowały w lodowce oraz jeziora. Znów groźne góry, strzeliste płyty skalne i ziejące przełęcze.

Idziemy grańką po przeciwnej stronie doliny, z tyłu lekko na prawo Columbia Icefield.

Jęzor Angel Glacier spływający wodospadami do jeziora Cavell Lake.

Wielkie płyty skalne spływające do Maligne Lake. Widok z Bald Hills. 

Wszystko jak w pigułce, w dwa, zbyt krótkie tygodnie sierpniowe... Dotknęliśmy, liznęliśmy, z każdym dniem bardziej przekonani, że to tylko rekonesans, że przyjdzie czas by tu wrócić, by pobrać mapy na treki nie tylko jednodniowe, by dać nura w tę dzicz, tę przestrzeń i ten absolutnie piękny górski świat.


Wyjaśnienia:
* w Kanadzie wszystko jest opisywane jako największe, najdłuższe, pierwsze w swojej kategorii; śmieszy nas to, bo mają piękny kraj z ogromną ilością wspaniałych "rzeczy" i taki jakiś kompleks narodowy chyba wyłazi ;)

sobota, 17 sierpnia 2013

You are in bear country

Przywitały nas tablice informacyjne z wizerunkami niedźwiedzi.
Keep the "Wild" in Wildlife.
Do not disturb Wildlife.
Do not feed Wildlife. A Fed Bear is a Dead Bear.
Tablice ostrzegawcze umieszczone w każdym możliwym miejscu.


Nie żeby nas to jakoś specjalnie zaskoczyło. Wiedzieliśmy, że jedziemy do krainy niedźwiedzi, że w dolnych częściach lasów będą czyhały czarne niedźwiedzie, zwane również baribalami (Ursus americanus), a wyżej sławą już owiane grizli, których sama łacińska nazwa powoduje że włosy się jeżą na stopach - Ursus arctos horribilis!!!

Ale przecież się przygotowaliśmy. Przestudiowaliśmy ich zwyczaje, że najgroźniejsze są na wiosnę, że jak się natkniesz na matkę z młodymi to już tylko modlitwa zostaje, że uwielbiają zarośla z borówkami (no wiecie, Vaccinium myrtillus, takie co to w lasach małopolskich też rosną... a nie żadne jagody, fuj-a-fe). Wiedzieliśmy że trzeba się zachowywać tak by mocno zaznaczyć swoją obecność, by zwierza nie zaskoczyć, że trzeba gadać, śpiewać, pokrzykiwać, dzwonić czym się da i jak głośno się da, a najlepiej nie chodzić w grupie mniejszej niż 6 osób. Gdyż azaliż i wżdy tak licznej grupy żaden niedźwiedź jeszcze nie zaatakował w całej historii statystyki parków kanadyjskich. Zaznajomiliśmy się też z rekomendowanymi zachowaniami w sytuacji ewentualnego spotkania i ataku. Teoretycznie widzieliśmy czym się różni atak defensywny od agresywnego, jakby to miało jakieś większe znaczenie... mój ulubiony fragment z podręcznika kanadyjskich skautów to ten:
"If an attack is prolonged or the bear starts eating you, it is no longer being defensive and it is time to fight back (...) fight for your life!"


Do wszystkich wskazówek przykładnie się stosowaliśmy. Nabyliśmy gaz pieprzowy w ilości sztuk dwa, dzwoneczek przyczepiliśmy do nosidełka, a na szlakach przerobiliśmy cały nam znany repertuar muzyczny, poczynając od piosenek dla dzieci, przez szanty, pieśni patriotyczne, rock'n'rolla, bluesa, a na oryginalnych interpretacjach znanych i mniej znanych przebojów kończąc.




A i tak w sumie naliczyliśmy pięć sztuk w tym jednego grizli. Na szczęście wszystkie prócz jednego z daleka lub z samochodu. A ten jeden się zaplątał koło głośno szumiącego potoku i nie słyszał naszych wrzasków i wyleźliśmy niedaleko niego zza zakrętu. Był szybki wycof i jeszcze więcej hałasu i w końcu sobie poszedł. Przykładnie zaraportowaliśmy obsłudze parku o bliskim spotkaniu, na co pani strażniczka entuzjastycznie zareagowała: "Wow! So you must be excited, you have seen today a bear. Isn't it great!?" No i w sumie miała rację :D.

A po powrocie Magda opowiedziała nam świetny kawał. 
Wiecie jak odróżnić kupę niedźwiedzia czarnego od grizli? 
Otóż bobki czarnego są mniejsze, zawierają borówki, liście i trawę. Bobki grizli są większe, można w nich odnaleźć dzwoneczki i śmierdzą gazem pieprzowym.
Więc odstawiliśmy naszą broń na półkę z ulgą, bez żalu, że taka nietknięta.