wtorek, 21 maja 2013

USA

Po różnych perypetiach związanych z wyjazdem do Seattle w końcu dało mi się przekroczyć granicę z USA.

A jakie perypetie? Najpierw załatwianie wizy i system informatyczny, który się wykrzaczał kilka razy podczas składnia deklaracji przez internet. Potem dwa podejścia do umówionego spotkania, bo za pierwszym razem miała zbyt dużą torebkę, a w końcu wycofanie się z samego dworca. Już mieliśmy kupione bilety na pociąg, a tu pan celnik zapytał dokąd jedziemy i ponieważ nie umiałam podać adresu hotelu, najwyraźniej uznał, że zamierzamy spać z Kubkiem pod mostem lub na ulicy. W każdym razie nie wpuścił nas.

A tym raziem elegancko... nie licząc półtora godzinnego czekania na granicy, żeby wbili do paszportu małą białą karteczkę, która jest totalnie ne wiem po co, skoro jest wiza i skanują ją za każdym razem jak przekracza się granicę.

Nasz pobyt w USA postanowiliśmy rozpocząć klasycznie, a mianowicie poszliśmy na śniadanie do Denny's i zamówiłyśmy z Magdą klasyka, czyli jajka sadzone na bekonie serwowane wraz z grubo natłuszczoną bułeczką oraz naleśniki grube na dwa palce serwowane z syropem, bynajmniej nie klonowym. Pysznościowe bez dwóch zdań, pytanie czy zdrowe... kto by tam pytał jak się uszy trzęsły :D. Do tego lurowata kawa z dzbanka z dużą ilością mleka w ilości ile kto w brzuchu zmieści. Dominik poszedł dużo bardzej hardcorowo i zamówił podwójnego hambusa. Dzięki temu nie musiał już nic jeść aż do kolacji.

Następnie poszliśmy do sklepu pod tytułem "dress for less", by nabyć drogą kupna skarpetki i podkoszulki, które się nam wyniszczyły w bębnowych suszarkach. Kupiliśmy też rurki dla Kubka, które po złamaniu świecą oraz zgrzewkę coli, bo po pobudce o 5:00 rano, oczy nam się kleiły, a przecież to był dopiero początek dnia i wycieczki.

A potem było pięknie. Ale lepiej pomilczę, a zamiast tego wrzuciłam zdjęcia z zachodniego wybrzeża stanu Washington:
https://plus.google.com/u/0/photos/117485685044905880596/albums/5880330454477375777




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz