Mówią, że Seattle to taki odpowiednik Vancouver tylko po drugiej stronie mocy, też pada, też nowoczesne duże miasto z drapaczami chmur, też nad oceanem, też pełno jezior wkoło, też otoczone górami. Ale na tym chyba podobieństwo się kończy.
Warto spędzić dzień, no góra dwa. Zobaczyć spodek Space Needle, która ponoć konkurowała z wieżą Eiffla. Zobaczyć samo miasto z wysokości i ze stateczku, bo linia budynków prezentuje się imponująco. Warto przejść się na Public Market, taki nasz Stary Kleparz, tylko jakby jeszcze gdzieniegdzie posadzić muzyków, a grają całkiem dobrze. I to by było na tyle co warto.
https://plus.google.com/u/0/photos/117485685044905880596/albums/5880479354894927393
Zapomnij o kawie z pierwszym na świecie Starbucksie, bo ścisk taki, że igły nie wepchniesz. Zapomnij o nadmorskim spacerze Waterfrontem, bo zaraz obok estakadą pociągnęli autostradę. Zapomnij w ogóle o przyjemnym spacerze, bo huk taki w całym mieście, że głowa boli, pełno samochodów, a centralnie nad miastem zniżają się do lądowania samoloty.
Za to spotkałam się po raz pierwszy z ciekawą subkulturą młodzieży ubranej w różne niepasujące do siebie kolorowe szmatki, zafarbowane włosy, pomalowane twarze, poodkrywane nieapetycznie wylewające się brzuchy, albo dla odmiany wystające żebra. Dzieciaki przemieszczające się w podgrupach dość chałaśliwie, zaczepiające przechodniów o 2$, wyszarpujące balony z jakiejś wystawy. Ktoś na deskorolce, ktoś na wrotkach, ktoś z papierosem, ktoś z batem smagającym chodnik. Przechodziliśmy na drugą stronę ulicy.
Więc jak dziś w deszczu przeszłam się zielonymi ulicami Vancouver, to nawet nie wyciągałam parasola, tak mi było dobrze :).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz