sobota, 17 sierpnia 2013

You are in bear country

Przywitały nas tablice informacyjne z wizerunkami niedźwiedzi.
Keep the "Wild" in Wildlife.
Do not disturb Wildlife.
Do not feed Wildlife. A Fed Bear is a Dead Bear.
Tablice ostrzegawcze umieszczone w każdym możliwym miejscu.


Nie żeby nas to jakoś specjalnie zaskoczyło. Wiedzieliśmy, że jedziemy do krainy niedźwiedzi, że w dolnych częściach lasów będą czyhały czarne niedźwiedzie, zwane również baribalami (Ursus americanus), a wyżej sławą już owiane grizli, których sama łacińska nazwa powoduje że włosy się jeżą na stopach - Ursus arctos horribilis!!!

Ale przecież się przygotowaliśmy. Przestudiowaliśmy ich zwyczaje, że najgroźniejsze są na wiosnę, że jak się natkniesz na matkę z młodymi to już tylko modlitwa zostaje, że uwielbiają zarośla z borówkami (no wiecie, Vaccinium myrtillus, takie co to w lasach małopolskich też rosną... a nie żadne jagody, fuj-a-fe). Wiedzieliśmy że trzeba się zachowywać tak by mocno zaznaczyć swoją obecność, by zwierza nie zaskoczyć, że trzeba gadać, śpiewać, pokrzykiwać, dzwonić czym się da i jak głośno się da, a najlepiej nie chodzić w grupie mniejszej niż 6 osób. Gdyż azaliż i wżdy tak licznej grupy żaden niedźwiedź jeszcze nie zaatakował w całej historii statystyki parków kanadyjskich. Zaznajomiliśmy się też z rekomendowanymi zachowaniami w sytuacji ewentualnego spotkania i ataku. Teoretycznie widzieliśmy czym się różni atak defensywny od agresywnego, jakby to miało jakieś większe znaczenie... mój ulubiony fragment z podręcznika kanadyjskich skautów to ten:
"If an attack is prolonged or the bear starts eating you, it is no longer being defensive and it is time to fight back (...) fight for your life!"


Do wszystkich wskazówek przykładnie się stosowaliśmy. Nabyliśmy gaz pieprzowy w ilości sztuk dwa, dzwoneczek przyczepiliśmy do nosidełka, a na szlakach przerobiliśmy cały nam znany repertuar muzyczny, poczynając od piosenek dla dzieci, przez szanty, pieśni patriotyczne, rock'n'rolla, bluesa, a na oryginalnych interpretacjach znanych i mniej znanych przebojów kończąc.




A i tak w sumie naliczyliśmy pięć sztuk w tym jednego grizli. Na szczęście wszystkie prócz jednego z daleka lub z samochodu. A ten jeden się zaplątał koło głośno szumiącego potoku i nie słyszał naszych wrzasków i wyleźliśmy niedaleko niego zza zakrętu. Był szybki wycof i jeszcze więcej hałasu i w końcu sobie poszedł. Przykładnie zaraportowaliśmy obsłudze parku o bliskim spotkaniu, na co pani strażniczka entuzjastycznie zareagowała: "Wow! So you must be excited, you have seen today a bear. Isn't it great!?" No i w sumie miała rację :D.

A po powrocie Magda opowiedziała nam świetny kawał. 
Wiecie jak odróżnić kupę niedźwiedzia czarnego od grizli? 
Otóż bobki czarnego są mniejsze, zawierają borówki, liście i trawę. Bobki grizli są większe, można w nich odnaleźć dzwoneczki i śmierdzą gazem pieprzowym.
Więc odstawiliśmy naszą broń na półkę z ulgą, bez żalu, że taka nietknięta.

2 komentarze: